Gerard.
Zamykając oczy przed snem marzę, aby nigdy się już nie obudzić. Śmierć we śnie jest piękna. Nie czujesz bólu, ani smutku z pozostawienia bliskich. Nie czujesz nic. Zapadasz się w otchłań snu. Nie jesteś już ciężarem na barkach ukochanych osób. Podświadomie wiesz, że coś się kończy, jednak nie zdajesz sobie sprawy z powagi sytuacji. Jesteś naćpany zapachem piekła, gdzie na klęczkach błagasz o łagodny wyrok. Uśmiechasz się sam do siebie bez powodu i uświadamiasz sobie, że to było najpiękniejsze życie, jakie mogłeś mieć. Pomimo błędów i porażek. Nawet o nich nie pamiętasz. Przed twoimi oczami rozmazują się obrazy z dzieciństwa, z okresu dorastania, kiedy byłeś zbuntowanym gówniarzem.
Pierwszy dzień w podstawówce, pierwszy rower i pierwsze siniaki od zjeżdżania nim po schodach w parku. Pierwsze zarobione pieniądze. Pierwsza koszulka ulubionego zespołu. Pierwszy pocałunek, pierwsza noc pod gwiazdami z piękną dziewczyną, którą myślałeś, że kochasz. Pierwsza butelka taniego wina, pierwsze ognisko w gronie przyjaciół za których byłeś w stanie oddać życie. Twoja pierwsza gitara, pierwszy rozbity samochód. Należał do ojca, prawda?
Teraz tego nie pamiętasz, ale spokojnie, po śmierci wszystko będzie jasne. Wyda się, że to było zaledwie wczoraj. Potem jednak okaże się, że z tych momentów składało się całe Twoje dotychczasowe życie. Nieco schematyczne, ale jednak na swój sposób piękne. Kiedy znajdziesz się już po drugiej stronie lustra - nie bój się płakać. Łzy nie są złe. Pokazują tylko, że to wszystko było dla ciebie ważne, że jest jednak w tobie jeszcze cząstka ciebie sprzed lat.
Oswój się z myślą, że potem to już nie powróci. Warto jest czasem się zatrzymać choćby na chwilę i dostrzec piękno chwili. Piękno nieba i trawy w parku.
Przyznaj się, że nie masz teraz powodów do zmartwień. Jesteś młody i piękny. Coś znaczysz dla tych wszystkich osób, które cię otaczają. Czemu więc jesteś smutny? Doceń dotyk i bliskość. Pocałunki i wspólne piosenki. Te małe gesty znaczą więcej niż pieniądze w twojej kieszeni. Takich chwil nie kupisz. A co, jeśli uciekną ci sprzed nosa niczym papierosowy dym? Co wtedy będziesz pamiętał, kiedy odejdziesz? Złość i smutek. Posłuchaj bicia swojego serca i zastanów się, czego chcesz od życia.
A co, jeśli tej nocy odejdziesz? Będziesz wiedział, że się nie pożegnałeś. I możesz mówić 'Nikt by się przecież nie pożegnał, bo skąd miałby wiedzieć?' A ja wtedy odpowiem 'Tylko, że oni nie musieli się żegnać, bo ludzie, których kochali dobrze o tym wiedzieli. A oni czują się spełnieni, bo przecież pocałunek na pożegnanie tamtego wieczora można zrozumieć, jako pocałunek na wieczność. I ich bliscy to czują.' Chcesz, aby tak było?
W takim razie zatrzymaj się na chwilę i sam wyznacz sobie ścieżkę. Tylko wtedy niczego nie będziesz żałował...
Wpadłem do mieszkania i otrząsnąłem się ze śniegu. Na dworze panowała śnieżyca.
- Jak się tak otrzepywałeś, to wyglądałeś, jak mały piesek wyciągnięty z wody. - usłyszałem roześmiany głos z drugiego końca korytarza.
- Cześć, Mikey.
- Kupiłeś wszystko?
- Mąka, sylikon z apteki, sok wiśniowy, kakao, farby do twarzy, żyletka, agrafki... w aucie są cztery dynie - tak, chyba wszystko mam.
- A cukierki? - spytał z chytrym uśmiechem.
- Kurwa, tak bylem zajęty tymi zakupami do charakteryzacji, że zapomniałem o najważniejszym. - moja skleroza sięgnęła w tym momencie zenitu.
Cały dzień byłem podniecony jutrzejszym świętem i zapomniałem o dzieciakach, które jak zwykle są rządne glukozy.
- Dobra, jutro się kupi. - powiedział, po czym obrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami swojego pokoju. Usłyszałem jeszcze tylko przekręcanie klucza. Byłem w stu procentach pewny, że następnym razem zobaczę go dopiero jutro przed południem.
Mój brat był jednym z tych typowych szkolnych freaków. Całe noce przesiadywał przed komputerem i grał w różne dziwne gry, których rodzaju nie potrafię określić, a tym bardziej wymówić ich nazw. Jednak było w nim coś zastanawiającego. Coś, co pomimo jego dziwaczności przyciągało do niego ludzi.
Kochałem go, jednak rzadko kiedy go widywałem. Albo ja byłem w pracy, albo on w szkole. I co z tego, że mieszkaliśmy pod jednym dachem, skoro on prawie nigdy nie wychodził ze swojej kryjówki. W sumie to zawsze zastanawiało mnie, co on tam tak na prawdę robi. Być może granie w te gry, to tylko wymówka, a on sam pracuje dla NASA i rozpracowuje jakieś skomplikowane programy do zdalnego sterowania statkami kosmicznymi.
Nawet by mnie to nie zdziwiło.
Ściągnąłem buty i poszedłem do kuchni zanieść zakupy. W zlewie zastałem stertę naczyń, a cały blat ubabrany był niezidentyfikowaną mazią o kolorze malachitowym, co tylko utwierdziło mnie w mojej teorii na temat NASA. Za cholerę nie chciało mi się tego po nim sprzątać, więc zrezygnowany poszedłem do swojego pokoju i uruchomiłem komputer.
Na tapecie przywitała mnie Amelia.
Amelia miała 17 lat i błękitne włosy. Pamiętałem jej zapach i delikatny głos. Z jej oczu od samego początku biła nadzieja, która po pewnym czasie była nawet zabawna. Szkoda mi jej było na początku, bo była na prawdę kochana. Do dziś czuję w ustach smak jej szyi. I słodką woń jej perfum.
To smutne, że tak szybko odeszła. Zabili ją, moją ukochaną. On to zrobił. Gdybym tylko wiedział, kim jest, to już by nie żył
Kiedy przyglądałem się zdjęciu na monitorze poczułem sentyment do tej niebieskowłosej nimfy. Szkoda, że już jej tu nie było.
Musiałem wyjść. Tylko dokąd? Czy jest w tym mieście jakaś przystań, gdzie nie kręcą się te zdziczałe małolaty? Gdzie zaznać można błogiego spokoju przy cichym pisku nietoperzy i hukaniu sów?
Oczywiście. Most. Tam się nie pokazują. Boją się go. Jakiegoś tam mordercy. Nieważne, ja się nie boję. Kto by chciał zaatakować takiego kogoś, jak ja? Cały na czarno, w glanach i ze spojrzeniem pełnym nienawiści.
Ale to ja ich zabijałem. To ja byłem tym, którego się powinni bać. Nienawidziłem ich wszystkich, nie potrafiłem się powstrzymać.
Na moście było pusto. Co jakiś czas z zarośli odzywał się nieśmiało świerszcz. Tak, jakby chciał zagadać, ale przerywał w połowie zdania, bo nie wiedział jak się do tego zabrać. Uśmiachnąłem się sam do siebie i spojrzalem w stronę z której dochodziło cykanie. Brzmiało to jak muzyka przerywana wciąż i puszczana od początku. Ciągle tak samo. Delikatny szum wody przecinał ciszę. Fale co jakiś czas odbijały się od brzegów koryta i dawały o sobie znać przygłaśniając swój szept.
Zamknąłem oczy i wsłuchałem się w melodię tworzoną przez naturę. Tak kruchą i czystą.
- Piękna noc. - nagle czyiś głos przerwał ten błogi stan. Spojrzałem w stronę źródła owego głosu. Obok mnie stał oparty o barierkę chłopak, był około wieku mojego brata i uśmiechał się do mnie. Odwzajemnilem uśmiech.
- Tak, to prawda. Co tu robisz, nie boisz się tu przychodzić w środku nocy?
- Mowisz o tym seryjnym mordercy? Nie, jakoś nie bardzo. - odparł i wbił wzrok w wodę. - Tu jest zbyt spokojnie, aby odczuwać jakikolwiek niepokój.
Nie odpowiedziałem. Mój wzrok powędrował z powrotem w stronę szuwarów skąd po raz kolejny odezwał się świerszczyk.